czytamy dzieciom

Książeczki

niedziela, 26 października 2014

moje wymarzone ramki, już zdobią nasz dom.


Ramki od Burr, mam już dłuższy czas.
Zastanawiałam się mocno, gdzie powinny zawisnąć.
Początkowo, zanim je zamówiłam, byłam pewna, że powieszę w pokoikach dzieci, ale jak już przyszły...
zechciałam mieć je bliżej ;)
Tylko Lubomir swoją zabrał do siebie, nie oponowałam zbytnio, bo choć świetna, to mało słodka to ramka -
znacznie jej lepiej w królestwie Najstarszego, wśród innych mocniejszych akcentów (też ją pokażemy, bez obaw:)

Jeśli myślicie o prezencie, te ramki są do tego stworzone! Będą cieszyć oko wykonaniem, kolorystyką i...ciepłem! Bo ciepło od nich bije na kilometr! Bardzo zwracają na siebie uwagę, każdy kto zobaczy, zachwyca się i rozczula.
I żeby nie było. Nie jest to post sponsorowany, tak bardzo mnie te obrazki zachwyciły, że postanowiłam pokazać je Wam, bo wiem, jak czasem brak nam pomysłu na obdarowanie kogoś bliskiego.

Nasze obrazki umilają nam czas posiłków i wieczornych rozmów.
To idealne miejsce!
A maluchy jakie dumne? pokazują sobie swoje ramki paluszkami, licytując się, czyja wisi na pierwszym miejscu - dlatego często zmieniają kolejność.
Ten kto najgrzeczniejszy, ten w ramkach prym wiedzie!
takie buty przy okazji :)))

Dzieci, stół z pysznym, domowym ciastem, śmiech, miłość, niedzielne popołudnie...
I samodzielność coraz większa, brak akceptacji podusi pod pupką, choć przecież byłoby wygodniej, bo wyżej....Ona też chce jak reszta! po dorosłemu! sama!
I wszystko już trafia do buźki, nic z widelczyka nie spada.
czas pędzi nieubłaganie,
a Oni coraz doroślejsi.

chwytam więc chwile,
jak tylko mogę...




-ja też poproszę soczku!














-chyba nie podołam ;)

piątek, 24 października 2014

szkoła nas lubi :)


Edukacja chłopców wszystkim wychodzi na dobre.
Po niewielkich ubytkach (jelitówka nikogo nie oszczędziła), maszerują do szkoły codziennie, z wysoko podniesionymi głowami, radośni i chłonni jak gąbki.
Franuś się uspokoił, wyciszył (nawet nie wiem kiedy!), nie ucieka na wycieczki po szkole, nie wymusza zakupów w szkolnym sklepiku. Ba! przynosi dyplomy za wzorowe zachowanie, a co za tym idzie, zaprzestał ich zazdrościć bratu. Sielanka.
Szkołę sobie chwalę (nie mogę mówić przedszkole, więc nie mówię;). Widzę, jak Oni są w niej szczęśliwi i to jest dla mnie główny wskaźnik tego, jak placówka funkcjonuje.
Owszem, mogłabym szukać czegoś, czego mogłabym się przyczepić, ale jestem od tego bardzo daleko.
Nawet jeśli wydaje nam się, że Pani mogłaby się lepiej postarać, pamiętać należy ilu uczniów ma pod sobą. Ja czasem z czwórką nie ogarniam, więc czapa z głów i ukłon do podłogi.
Dzieciaki są różne. Jedne bardziej, drugie mniej wrażliwe. Jedne kłótliwe i głośne, inne wycofane i ciche. Zająć dzieci tak, by wszystkie niezależnie od charakteru współpracowały, to nie lada wyzwanie.
Dla mnie nauczyciele zawsze będą bohaterami
(pomijam jednostki, które ewidentnie zawód pomyliły;)

Sięgam pamięcią do czasów, gdy moja mama przynosiła sprawdziany i dyktanda swoich uczniów, do sprawdzenia w domu.
Wspinałam się do stołu, i podglądałam.....i wyszukiwałam te błędy ortograficzne, pokazywałam paluszkiem, a w duchu marzyłam, by choć raz wyrwać mamie ten czerwony długopis i samodzielnie podkreślić "byka".
Jak ja Jej zazdrościłam tej władzy, o mamo! ;))
Z uśmiechem również wspominam czas, gdy w szkole podstawowej, w której moja mama była dyrektorem, a do której ja chodziłam, uczniowie mi dokuczali, twierdząc że mam fory, że córka dyrektorki nic nie musi.
Było mi przykro nie raz, zwłaszcza że moje piątki z języka polskiego, mi się po prostu należały, przedmiot ukochany.Te wszystkie dyktanda, wypracowania - to była dla mnie czysta przyjemność.
Pamiętam jak dziś, dzień -w którym przestano mi dokuczać z tego tytułu.
Moja mama przyszła do nas na zastępstwo chorej polonistki.
Wiedziałam, że tak będzie, więc odpuściłam sobie nauki wiersza, który wydał mi się strasznie nudny.
Mama zapytała ze dwa razy, czy się uczę. Coś tam na odczepne odpowiedziałam i oczywiście, książki nie otworzyłam.
Jakież było moje zdziwienie, gdy na drugi dzień, byłam pierwszą osobą, którą z wiersza odpytała.
A, że nie umiałam, postawiła mi wielką jak słoń dwóję! (jedynek nie było)
Nie muszę nadmieniać, jak byłam zła i skrzywdzona ;)
w swoim rozumowaniu, to Ona popsuła mi całą średnią! Miałam same piątki, a tu pała???
obraza na całego!
Potem byłam Jej wdzięczna, bo jak pisałam wyżej, dzieci zrozumiały, że wcale lepiej nie mam (dziś wiem, że miałam gorzej, bo zawsze na widelcu:), a dwa nauczyło mnie to wiele. Obowiązkowości na pewno.
Tak, moja mama była naprawdę dobrym nauczycielem ;)

Ale wracając do chłopców.
Widzę, ile radość daje Im szkoła. Zachowanie również jest coraz lepsze. Nie są już tak narwani, potrafią poczekać na swoją kolej, słuchają siebie nawzajem.
Antoś pięknie zaczyna czytać, pismo też coraz ładniejsze, Franek brata goni.
Same plusy.


Dziś rano, wyjmując chłopcom ubrania z szafy, posłuchałam Tosia:

-mamuś, a możesz nas dziś tak trochę "odstrzelić"?

i dałam Im koszule. Na pytanie, czy coś dziś w przedszkolu (tfu! szkole;) się dzieje (jakaś impreza może), odpowiedzi nie usłyszałam.
Jak weszliśmy do sali, Pani przywitała chłopaków słowami:

-fiu! fiu! jacy przystojniacy przyszli!

Widziałam, połechtało próżność, bo miny mieli że ho, ho i urośli po kilka centymetrów w sekundzie. A Tosio na pożegnanie mi wyszeptał:

-bo chciałem zrobić jeszcze lepsze wrażenie, wiesz? I się udało!


stwierdzam, że mój Syn gotowy jest do życia, aboslutnie ;)


od małego edukowana ;) to małe na rękach ładnej Pani, to Tosinkowa Matka.

wtorek, 21 października 2014

Dziewczynka w sukience! schwytane chwile, jak motyle...


Godzina 22.15
Na dole wciąż słyszę "urzędującą" Anielę:

-nie jestem śpionca, no popats jak nie jestem wcale, a wcale śpionca Tatusiu.

Zerkam na śpiącą Gaję, która dziś również zaszalała i usnęła przed chwilą.
Oby ten mało śpioncy Gaduła, mi Jej nie obudził.


Dzisiejszy dzień znów przyniósł wiele dobrego. Duże porcje radości, wiele rozmów, chichotów.
Nela wystrojona w prześliczną sukienkę (jak ona mi się podoba!), spędziła trochę czasu w kolorowych liściach, bawiąc się nimi i rzucając na oślep. Buzia się Jej nie zamykała! Ileż Ona mówi?!
Z miłością dałam się wciągnąć w niejedną dyskusję, które głównie wywołały salwy naszych śmiechów, niosących się po parku.

-Mamusiu, a jak wejdziem w tom wielkom gólę liściów, to utoniem? 

-a moze ja będziem uciekała, a Ty splóbujes mnie złapać? tylko plóbuj powoli! mas mnie nie złapować!

-ja bym kciała, zebyś mi zlobiła zdjencie na kameniu! pocekaj, pocekaj, pocekaj.....lób! usiondłam!

-ja lubiem sukienecki. A juz najbaldziej lubiem sukieneczki klęciołkowe! (i tu wykonuje zwinne piruety:)

-nie musimy jesce wlacać do domu, plawda? Gaja na pewno buduje duuuuuuzy zamek z klocków, i lepiej zebym Jej nie psuła!

Mówiła, mówiła, mówiła. A ja pstrykałam.
I teraz patrząc na te zdjęcia, przywołuję nie tylko ten uśmiech, uwieczniony.
Ja mam w głowie całe historyjki. Każde zdjęcie wkradało się cichcem, w rozmowę.

-podoba Ci się ta chwila, Córeczko?

-podoba baldzo, mamusiu. To moja ulubiona chwila! kocham Cię chwilaaaa! 



Nelusia w sukience od Dress You Up




-telas mi polobis duzo zdjenciów, a potem lazem pooglądamy Nelę!






























Wesprzyj Kampanię "Reaguj na przemoc wobec dzieci.Masz prawo", zgłoś chęć udziału!


Wczoraj opublikowałam tekst, którym włączyłam się do Kampanii "Reaguj na przemoc wobec dzieci. Masz prawo". Tekst tu powróci 20 listopada. Jest to nie przypadkowa data. Tego bowiem dnia, obchodzimy Dzień Praw Dziecka, uznany przez Organizację Narodów Zjednoczonych.

Rzecznik Praw Dziecka, Pan Marek Michalak jest propagatorem i twórcą Kampanii.
Jestem całym sercem za takimi Akcjami, dlatego nie mogłam się nie przyłączyć.
Was też Drodzy Blogerzy, namawiam.

Tak, to "tylko" słowo pisane. Jedna, dwie, kilkanaście notek. Pisaniem dzieci nie ochronimy - takie głosy są, były i będą. A ja Wam powiem, że myślę inaczej. Jeśli nie zrobimy nic, sytuacja tych dzieci nigdy się nie zmieni. Nagłaśniajmy, uczulajmy ludzi, wpajajmy Im, że reakcja na krzywdę dziecka, to nie "wsadzanie" nosa, do nie swoich spraw - to często ratowanie życia!
Jeśli choć garstka ludzi, po przeczytaniu naszych słów, pomyśli, że nie powinna używać żadnej przemocy, wobec swojego dziecka, a druga garstka ludzi, zrozumie, że powinna reagować, gdy widzi taką przemoc-już wygraliśmy! Jedna notka, jeden blog - kilka, kilkanaście przemyśleń.

Jesteśmy Blogerami. Mamy moc! Nie raz udowodniliśmy, prawda?
Proszę więc Was, Kochani Blogerzy, dołączcie się do tej Kampanii razem ze mną.

Co musielibyście zrobić?

1. wysłać swoją chęć wspierania Kampanii, tu : zanetaha@wp.pl
w mailu podajcie proszę adres swojego bloga, oraz adres fp (jeśli macie)
2.Wstawcie u siebie na blogu poniższy plakat, namawiajcie swoje blogujące koleżanki - niech dobra idea, się szerzy!
3.Przygotujcie notkę (dowolny tekst, w którym zawrzecie informacje o Kampanii, możecie napisać o własnych odczuciach, przemyśleniach - tu nie ma reguł), a opublikujecie ją właśnie 20 listopada - w dniu, który jest ustanowiony Dniem Praw Dziecka.

Zgłaszajcie się, twórzmy razem najlepszą listę!



#blogerzyreagują

sobota, 18 października 2014

zdrowie, najlepsze co mamy.


Jeśli mówiłam kiedyś, że wiem co to niewyspanie, to bredziłam, wybaczcie ;)
Choroba, która opanowała moją rodzinę, pokazała mi, że kobieta może nie spać wcale.
Serio po nieprzespaniu pełnych, trzech dób, z wyczerpania nie mogłam zasnąć czwartej.
I nie, nie leżakowałam sobie pod kocykiem, a biegałam za pawiem. I to nie tylko swoim.
Tak nas zmasakrowało tego tygodnia, że ciężko nawet opisać.
Najgorzej zniosła to Gaja. Biedaczek mój malutki całą noc zwracał, a ja nie nadążałam ze zmianami pościeli, piżamek...jak sama do Niej dołączyłam, to był to już prawdziwy meksyk. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak jest silna. Za dnia biegała jakby nigdy nic, podczas gdy ja noc i dzień, byłam ledwo żywa.
Bolą kości, ciało i te torsje wyrywające płuca..Starsze dzieci piły małymi łyczkami elektrolity, ja z nimi, a Gaja odmawiała wszystkiego, poza piersią, którą dzięki bogu nadal ssie, inaczej na bank skończyłybyśmy na oddziale, z powodu odwodnienia.
Niech mi ktoś jeszcze zarzuci, że za długo karmię - pogryzę.
To były okropnie ciężkie dni. Dla całej rodziny. Lubomir nie wyszedł jeszcze z przeziębienia, gdy dopadła Go jelitówka. Wymęczony, z zaległościami w szkole, ma naprawdę dość. Antek i Franek w sumie znieśli ten cały czas nieźle, za to Gajuszka jak pisałam...ciężko było nawet na Nią patrzeć....biedulka mała - bała się wymiotów, bolało Ją już zszarpane gardełko, brzuszek....całe noce tuliłam i uspokajałam....dobrze, że chłopcy mieli noce częściowo przespane, bo serio, nie wiem jak miałabym wybrać, które uspokajać najpierw.
A Anielka? nie uwierzycie! Ten mały czort uchował się w jednym kawałku! ;)
Nic nie robił sobie z naszych niedyspozycji, zdrów i pełen werwy łobuziak.
Silna kobitka! Chciałoby się rzec, po mamie - ale mamy siła wylądowała tym razem w sedesie. Razy sto.

Dziś pierwsza noc i pierwszy dzień bez żadnych nocnych prań, ani ganiania z prędkością światła, ku toalecie.
I wiecie co? uczucie ulgi jest najlepszym uczuciem na świecie. Przynajmniej na tą chwilę :)

Teraz dzieci spokojnie usnęły, ja doprowadziłam dom i siebie do porządku, mam zamiar nadrobić zaległości laptopowe, i tylko tak żal mi weekendu, który mieliśmy spędzić w otoczeniu gór, w towarzystwie fantastycznych ludzi, w pięknym Kościelisku.
chlip, smark, siurp....
naprawdę, strasznie żałuję.



a ku pokrzepieniu siebie samej, i przypomnienia tych cudnych chwil, wklejam zdjęcia Neli, sprzed naszej zarazy :)
mam ich tyle, że musiałam rozłożyć na części.