poniedziałek, 29 września 2014

Spotkanie Blogujących Mam - Grodzisk Mazowiecki


Ha! I ja tam byłam, i ja tam....kawkę piłam ;)
13 września poznałam nowe, fascynujące Dziewczyny. I to już by mi wystraczyło, by było na plus. A tu jeszcze oprawa cudna - restauracja Piknik, zachwyca zdecydowanie, i atrakcje przednie.
Organizatorkami spotkania były: Ola z bloga PANIENKAANNA.PL, oraz Asia z ILIKEMYSELF.PL - przesympatyczne Mamuśki, którym wyzwania nie straszne ;) Nasze pogaduchy, oraz zabawę uwieczniła na swoich fotografiach p.Dagmara.
Spotkanie upłynęło w cudownej, ciepłej atmosferze. Były upominki od sponsorów, losowanie nagrody w postaci sesji zdjęciowej - Kasiu, raz jeszcze gratuluję, wyglądacie cudnie :))))

Nagadałyśmy się przednio, dziewczyny udzieliły wywiadu do regionalnej TV, oraz Radia, słowem - się działo!
Ci, którzy nie dojechali, niech żałują ;)

Uczestniczki spotkania:

-PANIENKA ANNA
-I LIKE MYSELF
-ANIELOVE
-MAGPIE
-JEST CUDNIE
-TOSINKOWE OPOWIEŚCI









sponsorzy spotkania:
koralikova, Dagmara Nadratowska Fotografia, Poldaun, Sova, Tygryski,  Biżuteria Lady Charlotte, Kolorowe Pokoiki, Baby Ono,  Infarmacja, Infante,  Joanna Wolska,

piątek, 26 września 2014

Najstarszy


Obiecałam o Nim napisać.

tylko w jaki sposób, upchnąć to wszystko, w jednym poście?
Pokłady dobra, mądrości, wrażliwości...
Co wybrać, a co pominąć?
Gdybym chciała opowiedzieć Kim jest, musiałabym zacząć od początku.
Bo wszystko ma sens. Wszystko Go tworzyło.

Chyba będę musiała, po raz pierwszy w historii tego bloga, napisać notkę, której poświęcę więcej czasu (a jestem przecież mistrzynią notek ekspresowych).
To nie jest człowiek prosty. Jest złożony z wielu cudownych zależności.
Wrażliwość, ale i ironiczny humor, dojrzałość, ale i młodzieńcza radość.
Nie mogę w dwóch zdaniach....

dlatego dziś,  posłuchajcie jak gra-
to co tworzy, niech będzie odpowiednim wstępem.
Bo, jak mawia mój Syn:
-muzyka, opowie najwięcej...



video








środa, 24 września 2014

jak nie osiwieję, stawiam popcorn!


Tak, jak przypuszczałam, szkoła chłopców to miejsce, w którym oprócz uczniów i pedagogów, krążą również legendy o wybrykach Frania. Codziennie zaprowadzając dzieci do szkoły, jak mantrę powtarzam: tylko bądźcie grzeczni (patrząc na młodszego), a odbierając, już w drodze obstawiam, co dziś mogę usłyszeć nowego. Franio jest dzieckiem niesamowicie energicznym. Wszędzie Go pełno, wejdzie w każdą dziurę, opowie wszystko z najdrobniejszymi detalami (pilnuj się matka, pilnuj;), i niestety przyciąga problemiki jak magnes. Przy tym, ma szczęście być pupilkiem większości dorosłych, bo jednocześnie to niezwykła przylepa i pieszczoch. Pocieszam się, że z Tosiem było identycznie, te dwa lata temu. Dziś, niemal codziennie przynosi dyplomy za wspaniałe zachowanie, istnieje więc szansa, że młodszy tak całkiem stracony nie jest ;)
Jak już wspomniałam, Franek szkołę poznał dogłębnie. Wychodząc do łazienki, zwykle zahacza o wszystkie piętra, oprowadzając swoje wątłe ciałko, po obiekcie. Był już w sekretariacie (sekretarka Go uwielbia, ma na Niego niezłe baczenie - ale o tym niżej), był w bibliotece (w której dostał mapę na własność, a która jest teraz nieodzownym elementem wyprawy do szkoły, bo "pewnie inaczej nie trafilibyśmy, Tosiu"),zaprzyjaźnił się z ochroną przy wyjściu (próbował zbiec?), oraz zna po imieniu wszystkie Panie ze stołówki.
Wchodząc do szkoły rano, każdy Go wita po imieniu, więc wiadomym jest, że poznał kadrę dokładnie.
Żeby Wam naświetlić obraz, opiszę jak usytuowana jest klasa chłopców.  Otóż, znajduje się ona na piętrze, gdzie również jest łazienka na przeciwległym końcu, pretekst wycieczek Franka.
Na półpiętrze jest sekretariat, z drzwiami na schody wejściowe/zejściowe. Pani sekretarka sprawuje więc pieczę nad stanowiskiem, oraz nad młodymi uciekinierami, siedząc przy drzwiach otwartych, vis a vis schodów. Zwykle opowiada mi później, jak Franek przemykając się na dół, najpierw wychyla głowę, by napotykając spojrzenie sekretarki, zawołać: " znów mnie masz!".
I ja wiem, to wydaje się śmieszne. Bo, na zewnątrz nie wyjdzie (wspomniałam o ochronie), a że pozwiedza? przecież nikogo tym w sumie nie krzywdzi.
No tak. Tylko, że są jakieś normy przyjęte, przecież. I skoro, dzieci mają obowiązek być w swoich klasach, a wyjście łączy się nieodzownie i jedynie, z wyjściem do toalety, to Franek absolutnie powinien się podporządkować i wycieczki zawiesić. Ale na Franka, mocnego w szkole nie ma. Każdego dnia, ktoś Go zawraca, wskazuje drogę (tak, tak- na tyle cwany potrafi być czterolatek, że uda, iż przypadkiem zabłądził), pomimo nakazów, przykazów i kar stania w kącie. Co więcej, poza tym, że się szwenda, niegrzeczny nie jest i stawianie Go do kąta, jest zbyt radykalne! o masz! Jak widać, ustawić się potrafił i wiem, już widzę, jak stoi w tym kącie i hipnotyzuje smutnym spojrzeniem. A Pani co? Pani karę skraca. A potem mamy, co wyżej.
Pierwsze powody do chwalenia są takie, że jak Go odbieram, chłopcy wołają:

-dziś się nie szwendał!
-dziś nie chodziłem na dół, mamusiu!

Ileż ja się natłumaczę. Ileż On naobiecuje....

Ale, to jest jeszcze do przełknięcia. Skoro zwiedzanie obiektu, nie wiąże się z demolką, dokuczaniem, krzykami itp, nie popadajmy w przesadę. Pracować, pracować, pracować.

To, co mną wstrząsnęło nieźle, to sytuacja z poniedziałku.
Ale od poczatku.
W szkole jest sklepik. Okropne miejsce, ze słodyczami przesiąkniętymi chemią. Znacie pudełka z watą cukrową? kolorowe jak tęcza? barwiony cukier - marzenie większości łasuchów.
Od pierwszego dnia, chłopcy patrzyli na te pudełka jak zahipnotyzowani (mijamy sklepik po drodze do sali), a ja przemóc się nie mogłam, by Im to zafundować. Dziś żałuję, bo okazało się, że to niedobre i wcale kolejnego pudełka nie chcą. Ale..
Do śniadaniówki zawsze wkładam Im jakiś smakołyk (dzieci inne szamią, trudno, by nie dać nic - ale mam wybór, więc próbuję wybrać mniejsze zło). Pieniędzy zatem do szkoły nie daję, myśląc, iż w ten sposób sprawa sklepiku, zamknięta.
O, naiwności moja.
W poniedziałek odbierając chłopców, Pani mi mówi, że Franio zabrał dziewczynce z portfelika pieniążki i pod pretekstem wyjścia do toalety, zszedł na dół, do sklepiku i nakupował łakoci.

Nie pytajcie jaką miałam minę. Gdybym mogła zapadłabym się pod ziemię, a Franka chyba udusiła. Pierwszy raz, byłam na Niego tak zła, że modliłam się w duchu o opanowanie.
Nie pomagał fakt, że obecny na sali tatuś, śmiał się i walił teksty: hehehe, Ten to sobie w życiu poradzi.
Ja dziękuję, za taką zaradność.
Jeszcze na gorąco, kucnęłam przed Franiem i pytam:

-jak to możliwe, że wziąłeś czyjeś pieniążki???
milczy....
(mama dziewczynki próbuje łagodzić sytuacje, mówiąc, że mała zostawia portfel na podłodze, a powinna chować do plecaka,a Franek przecież najmłodszy taki)
Franek zaczyna cicho:
- bo kciałem tam coś kupić...
-ja rozumiem, że mogłeś chcieć. Ja nie rozumiem, jak mogłeś sięgnąć po NIE SWOJE pienądze???
czy to Twój portfelik?
-nie...
-to Ty nie wiesz, że nie wolno bez pytania, brać niczego, co nie należy do Ciebie?
-ale, to było nikogo....leżał na podłodze...

Tłumaczyłam jak mogłam, ale wiedziałam, że długa przeprawa przed nami.
Młody wiedział, że robi źle (użył pretekstu wyjścia do toalety), ale nie wiedział, że to po prostu kradzież (bo przyszedł z zakupami do sali, dzieląc łupy z przedszkolakami). Kupił popcorn, ohydną watę i jakieś gumy rozpuszczalne. Nie potrafił powiedzieć ile wziął pieniążków, dziewczynka nie pamiętała, ile miała, ja w szoku, że poszedł do sklepiku i pewnie, na zasadzie " co mogę za to kupić?", uległ swej pokusie.

No, było mi z tym ciężko. Ja wiem, On ma cztery lata, nie zdawał sobie sprawy do końca z postępku (moja wina, kwestii pieniędzy nie tłumaczyłam, być może też, zbyt szeroko pojęte-w rodzinach wielodzietnych, dzielenie się - w domu wszystko jest wspólne), dodatkowo większość dorosłych miała ubaw, a to nie pomagało. Z jednej strony Franek widział moją minę i miał świadomość, że stało się coś bardzo złego, a z drugiej chichot obecnych w sali rodziców, ba! nawet Pani wstrzymywała śmiech. Nie powiem, łatwiej by było, gdyby sprawa potraktowana była poważniej.

Nie oddałam od razu pieniążków.
Chłopcy mają swoje skarbonki (dostają ode mnie drobniaki za dobre uczynki, by po dwóch tygodniach móc zdecydować, na co je przeznaczą - zwykle starcza na kinder jajo, kinderki lub malowankę). Powiedziałam Franiowi, że po powrocie do domu, opróżni swoją skarbonkę, a pieniążki odda dziewczynce, której pieniążkami płacił, za łakocie w sklepiku.
Był płacz wielki. Bo przecież musiał oddać wszystko. I Tosio coś sobie w niedzielę kupi, a On nic. Albo tylko lizaka...
Pomimo żalu, wyjął jednak pięć uzbieranych złociszy i dzielnie zaniósł do szkoły.
Z relacji Pani wiem, że oddał wszystko, przeprosił i obiecał nigdy więcej, tak źle się nie zachowywać.

Tylko do Tosia w aucie rzekł:
-to niesplawiedliwe, bo oddałem przecież dziewcynce popkoln.


Uffff....oby nigdy więcej nie wpadło Mu nic podobnego do głowy. Myślę, że wytłumaczyłam sowicie, a utrata własnych oszczędności nauczyła najbardziej.
A ja gdybym mogła, zamknęłabym ten szkolny sklepik w sekundzie.
Sama chemia...
niepotrzebna pokusa.




wtorek, 23 września 2014

mówi się! poweekendowo...


Jesteśmy u lekarza. Badanie po kolei, od najmłodszej.
W międzyczasie Antek i Franek, próbują wypatrzeć naklejki dzielnego pacjenta.
Doktorek osłuchuje, a Franek usiedzieć nie może, tylko powtarza po cichu:

-ciekawe, czy dostaniemy naklejki? ciekawe, czy dostaniemy naklejki? ciekawe, czy...

Doktor uśmiecha się pod nosem, i zwraca się do Gai:

-wolisz naklejkę, czy witaminowego lizaczka?

natychmiast odzywa się Franek:

-Ona Ci jeszcze nie powie! zapytaj mnie!


***

Chłopcy zdrowi (pomimo domowej wylęgarni zarazków), pomaszerowali do szkoły.
W drodze jeden do drugiego:

-patrz, jak się uodporniliśmy szalenie!


***

-mamusiu, dlaczego Nelka włożyła bluzę tył naprzód?

odpowiada Nela:

-bo miałam kaplys!


***


Nela dokucza siostrze. Upominam po raz wtóry:

-Nela, przestań! Widzisz, że Gaję to denerwuje?

-widzem. I to lubiem.


***


Dzieciaki cokolwiek zobaczą w tv (reklamy), pytają:
- a kupisz mi to? a to? a mi też?
Zanim zacznie się nowa reklama, jedno przez drugie "zaklepuje" reklamowany produkt.

-telaz moja! krzyczy Franek

pojawia się reklama kociego żarcia.
Parska Antek i pyta:

-wolisz w puszcze? czy saszetce?


***


-Nelaaaaa!!!! dobija się do łazienki Antek.

-co Ty tam, tak długo robisz???

-odpocywam!


***

Antek czyta na opakowaniu masła:

-oo...se....ł.....ko....we...

-o ludzie! Franiuuuu!!!! my jemy masło z osła!!!!!!!!!


***

Żegnam się z chłopcami, na korytarzu szkoły.
Zwracam się do Frania ( o Tosia jestem spokojna):

- możesz mi obiecać, że będziesz dziś grzeczny i nie wywiniesz żadnego numeru?

-a od kłamania naplawdę wydłuża się nos???


***


Robię kolację. Z laptopa płynie muzyka. Wchodzi Najstarszy, podkręca głośność, zaczynamy się chichrać, wykonując coś w rodzaju mega alternatywnego tańca (mocne wygłupy, przerysowanie formy na całego ;)
Przybiegają rozbawione maluchy. Robią dokładnie to samo. Dziewczynki ze śmiechu dostają czkawki, chłopcy spoceni padają na podłogę.
Przy kolacji, przypomina się Im głupawka.

Tosiek do Franka:

-a jutro w szkole, pokażemy jak mama gotuje, co?

i zaczynają konwulsyjnie wyginać swoje ciała, jednocześnie wywalając jęzory.



(czy ktoś dziś mnie wyręczy i Ich odbierze? O.O)







czwartek, 18 września 2014

nim puścisz dziecko do szkoły, zastanów się koniecznie ;)


Szkoła chłopcom, zdecydowanie służy.
Chłopcy szkole, niekoniecznie.
Choć, nie. Wróć. Nie mogę traktować Ich jak jedno ciało. Zaczynam od nowa.
Szkoła Antkowi służy, z wzajemnością. Przynosi mi dziecko pierwsze dyplomy za wzorowe zachowanie (namalowane buźki, z których w dymku przeczytać można słowa "Antek, byłeś dziś świetny!!!"), słucham pochwał, jaki to mój Syn mądry i bystry, pomocny przy sprzątaniu po zajęciach itp.
No, super!
I już by się człowiek cieszył, ale....
....jest syn drugi ;)
I tu bajka się kończy. A może właściwiej byłoby napisać : zaczyna się druga.
Franek jest łobuzem. Uroczym łobuzem.
Uroczy łobuz ma więcej szczęścia, niż łobuz zwykły, bo pomimo swych niecnych czynów, często bywa pupilkiem grupy, a już na pewno pań nauczających.
Codziennie słucham, co zmajstrował.
Czasem Pani, nie może normalnie mi przekazać wiadomości, bo dławi Ją śmiech i to jest do przetrawienia (no, dobra najwyżej buraka człowiek łapie;), ale są też sytuacje typu: Franio popchnął tego i tego chłopca, choć Franio oczywiście nic, a nic nie pamięta. Tosio zwykle też nie zauważył.
Dziś rozmawiałam z mamą L.(pamiętacie Gryzonia i "pieczątkę" na ręku Franka z dnia pierwszego?), gdyż córka naskarżyła, że ów chłopiec (i tu paluch wycelowany w nos Franka), perfidnie Ją uderzył.

- serio??? uderzyłeś dziewczynkę???
-nie.
-Tosiu, uderzył Franio L?
-nie widziałem.

Nic to, myślę. Zapytamy Pani.
Człapiemy po tych schodach, a ja myślę, że cholera! może i uderzył? bo nie lubi dziewczynki jawnie, nazywając Ją od zawsze "ta, co ugryzła!", nie inaczej. Doszliśmy, wypytałam.
No i sprawa się wyjaśniła. Uderzył.
Ale nie perfidnie, a rzuconą (wiem, nie powinien był rzucać) zabawką, która przeleciała pół klasy, by wylądować na głowie dziewczynki.
O rany! I jak ja mam postąpić?
zakazałam oczywiście rzucać czymkolwiek, wytłumaczyłam jakie są skutki takich zabaw, ale czy zapamięta?

Swoją drogą, jak Franek wrócił oznaczony przez L, mama dziewczynki nie kiwnęła palcem, nie mówiąc, by zwróciła choć uwagę córeczce. Ja upomniałam Franka, który nadal nie zakodował, że kogokolwiek uderzył.
Jak się przyznam, że później (już w aucie) dodał, że fajnie, że kółko trafiło w L, a nie w inne dziecko, to mam to odebrać, jako porażkę wychowawczą? czy może faktyczną niechęć dziecka, do dziecka? Najlepiej niech się trzyma jedno, od drugiego daleko. Ku wzajemnej korzyści ;)

Poza tym, zawsze! ale to zawsze! gdy idę po chłopaków, Franek siedzi na kolanach albo u jednej Pani, albo u drugiej i nawija, nawija, nawija - a te zrywają boki. Przyznają, że czort! ale i tak, nie da się Go nie lubić.
Jakbym nie wiedziała ;)

Z sytuacji, gdzie matka złapała największego buraka.
Zaczepiła mnie Pani sekretarka i mówi:

-ja przepraszam. Niech się Pani nie pogniewa, że pytam - ale czy ja mogę dać Franiowi obiad szkolny, bo mamy jedno dziecko, które dostaje posiłek w akcji dożywiania, a mama zrezygnowała, a Franio tak prosi dzieci po kolei, by się z Nim podzieliły, że rady dać sobie nie możemy.

-OMG! że co, proszę??? toż śniadaniówki pełne do szkoły dostaje, a ja zabieram Ich, od razu na ciepły obiad! I żeby zjadał wszystko, to byłabym szczęśliwa...

-no wie Pani, to dziecko. On naprawdę prosi, choć kawałeczek...

o Matyldo Rupieciowska, myślę...jaki obciach! Najpierw wyżera komuś (do dziś nie wiemy komu) grześka, dnia pierwszego, a teraz żebrze o kawałek ziemniaczka.
Oczywiście zapisałam na obiady obydwu. Ciekawe, jak długo potrwa fascynacja obiadem z kotła :)
a obiad domowy, na ciepłą kolację będzie.

W drodze do domu pytam:
-Franiu, Ty prosiłeś dzieci, żeby dzieliły się z Tobą obiadem? przecież nie chcieliście chodzić na szkolne obiady, a poza tym, zawsze masz obiadek w domu!
-nie plosiłem. Sama mi Malysia dała. 
-a jak się domyśliła, że chcesz?
-patrzyłem się i mówiłem tylko, że ma piękno mięsko i wspaniałe ziemniaczki.

Marysia, sześciolatka - to aluzję zrozumiała....już widzę jak mi opieka społeczna pod dom zajeżdża:
-Pani tu dzieci głodzi??? hę???


A w szatni, zaczepiła mnie rozrechotana woźna i rzekła:

-ten Mały, to niemożliwy jest, hahahaha, wie Pani, co On mi dziś powiedział? hahahaha, nie mogę, padnę zaraz hahahahah

czuję, że zaczynam się pocić...no mów kobieto!dobij wielomatkę!

-bo On chciał tą watę ze sklepiku. To ja Mu mówię (zgodnie z Pani życzeniem), że to sama chemia, i że od takiej słodkości, to zęby wypadają. A ten mi na to:

-O jeju!!! a mojemu dziadkowi, to wszystkie zęby na laz wypadły!!!! a On spał!!! i wiesz co??? nawet się nie przebudził!!!!



...no, to dziadek w szkole, pewnie wnuków nie odwiedzi ;)



przypominam, że na naszym fp trwa konkurs, w którym do wygrania są cudne czekoladowe zestawy. Zresztą sami zobaczcie - chocolissimo.pl










wtorek, 16 września 2014

Spotkanie Klubu Mam Ekspertek, zaliczyła również Nela :)


Na ostatnie spotkanie Klubu Mam Ekspertek, pojechałam z Anielą.
To była dobra decyzja. Mała nie nudziła się wcale, (bo jak się tu nudzić, gdy jest się w zabawkowym raju?), była grzeczna i przetestowała na gorąco, prezentowane cuda. 
A było co testować, pomimo naszego spóźnienia i ominięcia, prezentacji Marko - a Marko, jak już wiemy, z byle czym nie przychodzi :)

Zaczęliśmy zatem od marki Dumel. Anielka, najpierw nieśmiało podchodziła do prezentowanych zabawek, a po chwili, bawiła się w najlepsze tym, co według niej, było najwspanialsze. 

a wybór był ogromny!


magiczne lustereczko, rozmawiało z nami! serio! nawet ja mogłam na chwilę stać się księżniczką ;)


jako siostra trzech braci, od razu wiedziała, 'z czym to się je' ;)


śpewające ptaszki, które są zsynchronizowane! ptasi chór jak się patrzy!



znany już i przez większość....rodziców pożądany Jinn!:)


statek piracki zatrzymał Nelę na dłużej...





...podobnie jak i zwierzaczkowa ciuchcia :)




Kolejną marką, była marka Trefl. Mieliśmy okazję obejrzeć nowości w grach planszowych, oraz cały wachlarz puzzli. Anielka zdobyła swoją ulubioną Peppę, więc do końca prezentacji tej marki, pozostała niemalże  niewidzialna ;)







Później był Skarb Matki i Nela, znów znalazła się w raju. Ona uwielbia wszelkie kremiki, balsamy, oliwki - a tu nie dość, że mogła pooglądać, poustwawiać buteleczki, to jeszcze rozsmarować to i owo, na rączkach.
Zdecydowanie ta prezentacja, przypadła Córeczce do gustu ;)




Szefowa Skarbu Matki, upiekła przepyszne muffiny. Anielka chętntnie jedną przetstowała ;)


Cook Like That pokazuje lepszę stronę gotowania. Czy aby na pewno? Ja tam wolę sama. Po swojemu ;)
Ale jeśli ktoś nie ma pomysłu, i lubi rozwiązania gotowe - warto zajrzeć.


We Girls, czyli lalki z przesłaniem. Temu projektowi przyklaskuję szczególnie, lalki - przyjaciółki, które są również bohaterkami książek, mają za zadanie jednoczyć dziewczynki. Lalom towarzyszy piękna kampania społeczna, która organizuje zbiórki włosów dla dzieci, po chemioterapii.
Wspaniała rzecz!





Anielka lalą z "chorymi nóżkami" bawiła się najchętniej. Pomagała jej wstać, masowała, a na koniec stwierdziła, że jak lala zechce pochodzić, to pożyczy jej swoje nózki...moja kochana :* 



Frupp to nowy, przepyszny (próbowałam!) batonik, który ma jedynie 35 kcal. Lifolizowany batonik, bez konserwantów, tłuszczu i soli. Świetna alternatywa dla łasuchów ;)

Kolejną prezentację przygotowała dla nas firma Bio Czystość. Produkty do czyszczenia, naturalne, stworzone dla domu, w trosce o ludzkie zdrowie. Domy, wolne od toksyn!




a na koniec, żeby zapamiętać pięknie - podziwiałyśmy spódniczki, inspirowane baletem, firmy Giselle. Cudowny świat małych i większych dziewczynek, zwiewność, eteryczność, klasa sama w sobie....cudności!



Na następne spotkanie, z pewnością zabiorę któreś z dzieci. To była dla Neli niezła frajda ;)



Konkurs z okazji Dnia Chłopaka ;)


Wszystkich serdecznie zapraszam, na słodki konkurs, który wystartował na naszym FP.
Konkurs potrwa siedem dni, a każdego dnia do zgarnięcia będzie, słodki upominek od Choccolissimo.
Wszystkie szczegóły konkursu, dostępne są na facebooku.

Zapraszam serdecznie!