niedziela, 25 stycznia 2015

3 Urodziny Anielki :)


- co Pani ma w domu? zapytał ponad trzy lata temu ulubiony ginekolog, wpatrujący się w monitor na którym fikała mała fasolka.
-synów mam. Trzech.
doktor podrapał się w brodę i rzekł z uśmiechem:
-to dziś pozwalam na lampkę wina. No dobrze, łyk! wina. Będzie CÓRECZKA!!!

I ciało słowem się stało. Urodziła się Ona
Piękna, mądra, z chochlikiem w oku - cała Anielka!

Córeńko, samej pogody w życiu!

kochamy najmocniej ♥



kliknij w zdjęcie, a zobaczysz więcej

sobota, 24 stycznia 2015

Razem, czy osobno?


Temat poruszany miliony razy, tyleż samo krytykowany co chwalony.
Niektórzy mają po dziurki w nosie tego, co myśli na ten temat społeczność, inni natomiast poszukują potwierdzenia swoich wyborów. Tak, czy siak temat wałkowany cyklicznie.
Jak to jest u nas?
Ano tak, jak życzą sobie tego dzieci.
Brzmi strasznie? Pewnie dla wielu. Dla przeciwników możemy jawić się jako niewyspane, umęczone zmory, walczące o skrawek łoża, podczas gdy całą część środkową zajmują rozwalone berbercie.
Już słyszę te współczujące głosy, poklepywania po utyranej głowie, obietnice że kiedyś to się może skończy. Z drugiej strony słyszę głosy: 'a dobrze im tak! pozwolili dzieciakom na głowę sobie wejść. Dupa nie rodzic - nic dzieciaka samodzielności nie nauczył!'
Druga strona - zwolenników, jak nic uśmiechnie się z pobłażliwością i odpowie, że u nich jest podobnie. To dziecko daje sygnał, kiedy chce usnąć samo, a kiedy z rodzicem. To dziecko decyduje o Twoim wysypianiu, ono też daje Ci przyzwolenie na wspóllny...film? ;) z mężem.
Usłyszysz tu pochwałę, bo zadowolenie dziecka przedkładasz nad swój komfort, posłuchasz o bliskości i poczujesz aprobujące klepnięcie.
I teraz co z tym zrobisz?
Są dwie drogi.
-krytykując drogę przeciwnika, na czym świat stoi, albo:
- robić swoje i pozwolić innym na to samo.
Ja ZAWSZE wybiorę drugą.
I nie, nie dlatego, że nie potrafię bronić swojej racji i wizji. Bo potrafię.
I też nie dla świętego spokoju, bo owszem, lubię podywagować i posłuchać wszelkich za i przeciw. Nic w tym złego.
Wybieram drogę drugą wyłącznie po to, by podkreślić, że absolutnie każdy powinien mieć wybór i robić to, co u niego w rodzinie funkcjonuje lepiej. Drażni mnie ślepe zapatrzenie w poradniki, które to nakazują jak postępować należy. I często ten zapatrzony rodzic, krzywdzi swoje dziecko, będąc święcie przekonanym, że to dla dziecka dobra. Bo dzieci są różne. Tak jak my, dorośli różni jesteśmy. Najgorszym według mnie błędem, jest szablonowe traktowanie dzieci. Wszystkich. Jak leci.
Mam pięcioro dzieci. Już na własnym przykładzie mogę śmiało powiedzieć, że to co sprawdzało się przy jednym, było kompletnym niewypałem przy drugim. A to rodzeństwo przecież, prawdopodobieństwo powielenia skuteczności metody dużo większe, niż przy zestawieniu dwóch obcych sobie istot, prawda?
Weźmy na przykład dziewczynki:
Anielka przy usypianiu czuła się najszczęśliwsza, gdy podało się jej smoczek (tak, używała jako jedyne moje dziecko), położyło do łóżeczka....i wyszło.
Gaja zapłakałaby się jak nic. Przy Niej należy leżeć, głaskać Ją po główce, tulić i najlepiej obcałowywać z każdej strony. Tak zasypia od początku i pewnie prędko się to nie zmieni.
Idąc tropem zatwardziałych zwolenników, czy przeciwników zasypiania z dzieckiem możemy wysnuć wnioski:

zatwardziali zwolennicy spania z dzieckiem:
przy Anielce:
-biedna ta starsza...zasypia w samotności. Nie tulona, nie kołysana, w łóżeczku.
i przy Gai:
-jaka cudowna więź mamy i córki. Najpiękniejsze zasypianie świata! dziecko ma tyle miłości i ogrom czułości, wszystkie dzieci powinny to czuć!

przeciwnicy:
przy Anielce:
-proszę, jaka samodzielna i mądra dziewczynka! rodzice stanęli na wysokości zadania. Dziecko pięknie nauczone, że pora snu - to pora snu. Brawo! Tak być powinno!
i przy Gai:
-ależ ta mała weszła im na głowę. Masakra. Zamiast wieczór spędzić we dwoje, to matka musi leżeć godzinami z dzieckiem. Kompletnie niesamodzielna dwulatka - czas odciąć tą pępowinę!

Celowo przerysowałam przykłady, żeby pokazać jak wzajemnie ludziska potrafią się nakręcać. Bo po takim komentarzu, zwykle pojawia się kolejny i z dziecka takiego jak Anielka robi się albo samodzielną, mądrą i dobrze ułożoną dziewczynkę, albo biedne, smutne i porzucone dziecko. Zależy kto się do konwersacji podczepi.
To samo z Gają. Raz będzie cudnym, tulaśnym bobaskiem, a raz kompletnie nienauczoną życia, niesamodzielną dziewczynką.
Zapewne wiecie co mam na myśli, w sieci pełno jest konwersacji na powyższe tematy i tyle samo uogólnień.
Niekiedy czytam i łapię się za głowę.
I chciałabym krzyknąć do atakowanej mamy - dziewczyno! robisz dobrze! Twoje dziecko ma prawo być takie, jakie jest! To, że nie zachowuje się jak dziecko nieprzychylnej komentatorki, nie znaczy, że coś z nim nie tak - spójrz na moje kompletnie różne córki!
Robiłabyś źle, gdybyś pomijała potrzeby własnego dziecka i porażona atakiem obcych ludzi, zaczęła na siłę 'uczyć' malucha właściwych zachowań. Bo 'właściwe' nie istnieje! To, co jest właściwe dla Twojego dziecka, może nie być właściwe dla dziecka sąsiadki, to co jest właściwe dla dzisiejszego komentującego, dla jutrzejszego może być krzywdzące. I co wtedy zrobisz? wrócisz do wcześniejszych ustaleń?
Bardzo bym chciała, by ludzie nie dawali sobie przyzwolenia na bycie ekspertem, wyłącznie w oparciu o swoje dzieci.
Owszem dajmy radę, jeśli ktoś od nas jej oczekuje, ale błagam! nie używajmy zwrotów: powinnaś zrobić tak! bo to działa i jest właściwą drogą.
Pewnie działa. Na Twoje dziecko zadziałało i być może na dziesiątki innych, ale nie masz absolutnie żadnej pewności, że i na to dziecko zadziała.
O wiele prościej jest poradzić w ten sposób: ja zrobiłam tak i tak, na moją córeczkę podziałało, spróbuj! może u Was będzie podobnie.
Prawda, że lepiej? Ba! jak Twoja metoda jest do kitu, nikt nie zarzuci Ci, że guzik wiesz o wychowywaniu dzieci, przecież tylko podzieliłaś się swoim doświadczeniem, nie starasz się być drugą Dorotą Zawadzką.

Dostaję białej gorączki widząc, jak często młode mamy są atakowane w sieci. Powód zawsze się znajduje, w zależności, kto trafi na jej wpis.
I zwykle dziewczyna się tłumaczy. Że to, że nadal sypia z własnym dzieckiem, nie oznacza, że robi z niego niezaradną sierotę, bądź to, że dziecko zasypia samo - nie oznacza, że odarte jest z czułości.
I nie wkurza mnie w sumie samo dociekanie, a to, że dzięki takim atakom, ta młoda mama może zacząć myśleć, że nawala. Że może faktycznie nie daje dziecku tego, co dać powinna, skoro internety tak mówią.

Podsumowując, apeluję do Was młode i fantastyczne matki! Nie dajcie sobie wmówić, że coś z Wami nie tak, bo wpuszczacie dziecko do swojego łóżka (zaręczam, moja dwuletnia Gaja jest bardzo samodzielną dziewczynką, to nie wspólne spanie o samodzielności dziecka decyduje). Róbcie swoje, bo nikt tak jak Wy same, nie zna Waszego dziecka, a co za tym idzie nikt nie może wiedzieć lepiej, czego ono najbardziej potrzebuje. A jeśli Wasz maluch, tak jak moja Anielka zasypia sam i na czułości ma ochotę zawsze, ale nie w czasie snu - to zamiast zastanawiać się, czy to dobrze, czy nie, zróbcie w tym czasie coś absolutnie dla siebie. Z kolejnym maluszkiem może już tak łatwo nie być ;)

zdjęcie z netu



piątek, 23 stycznia 2015

Oryginalne imię dla dziecka


Co chwilę tu i ówdzie pojawia się podobny tytuł:
zapytania o imiona Waszych dzieci, zestawienia tych 'najdziwniejszych', przestrogi przed ośmieszeniem dziecka nadawanym imieniem, a nawet rankingi na te najoryginalniejsze.
Czasem otwierałam podobne strony z ciekawości. Często te same zestawienia, imiona polskie, i te zagraniczne z polską pisownią, imiona bardzo stare, lub nadzwyczaj nowoczesne. Komentarze pod takimi zestawieniami przeróżne. Zwykle statystyczna mama 'opowiada' jakie imiona sama nadała dzieciom, czasem chwali innej mamy wyobory, a często głosi, że ona nigdy nie skrzywdziłaby dziecka, nazywając je dajmy na to: Kunegunda.
Wiadomo, potem potencjalna mama Kundzi odbija piłeczkę, krytykując wybór mamy Brajanka.
Koło się toczy.
Jakie imiona noszą moje dzieci, wiecie.
Noszą takie a nie inne, bo taki był mój/nasz wybór. Czy lepszy od innych? a skąd! Po prostu nasz był taki, bo trafiał w nasz gust. Trudno żebym kierowała się przy wyborze imienia dla swojego dziecka, upodobaniami pani Krysi z warzywniaka. Wybieram sama i to oczywiste, że według mnie wybrane przeze mnie imię, jest jednym z piękniejszych imion w kalendarzu.
Trudno pytać dlaczego.
Bo co odpowiem?
Ano tylko to, że takie nam się najbardziej podobało! Jest jeszcze opcja, że imię nadajemy na cześć ukochanej babci, czy dziadka, ale tu też istnieje ogromne prawdoodobieństwo, że gdyby to imię kompletnie nam nie leżało, zwyczajnie znaleźlibyśmy wytłumaczenie, czemu z tej opcji jednak nie skorzystamy. Proste.
Dziwią mnie spory o to, które imię jest ładniejsze, które bardziej ośmieszające, a które kompletnie do bani.
To, co dla mnie jest piękne - dla Ciebie może mieć wydźwięk nie do zaakceptowania. I odwrotnie.
Gdy siedem lat temu nazwałam swojego syna Antoni Józef - mogłam mówić o oryginalności. To samo z Franciszkiem Janem. Dziś Antosiów i Franiów jak grzybów po deszczu, więc ciężko tu oryginalności szukać. To samo może być z Anielą Różą za lat parę, czy Gają Marianną. Taka kolej rzeczy. Co prawda są imiona mniej popularne i mogą pozostać oryginalnymi całe lata - jak w przypadku Lubomira, choćby. Lecz wystarczy troszkę się wychylić, by zauważyć, że na Słowacji Lubomirów na pęczki. Reguły nie ma.
Wiele osób próbowało mi wybić z głowy Gaję. Gdybym pisała bloga 17 lat temu, pewnie to samo byłoby przy Lubomirze. Oczywiście moje wybory pozostają moimi wyborami, i nigdy nie sugeruję się opinią innych w takich sprawach. Dlaczego? ano dlatego, że to bez sensu.
Dla mnie imię Gaja jest piękne i przykład, że dzieci w szkole mogą za Nią wołać : Gaja - faja! jedynie mnie rozśmieszył (pamiętacie? ;)
Głupkowate rymy mogę ułożyć do każdego, najbardziej popularnego imienia w sekundę.

Dziwi mnie narzucanie komukolwiek własnego zdania w tej kwestii. To, że ja nigdy nie nazwałabym dziecka imieniem zagranicznym w spolszczonej wersji, nie oznacza, że Tobie powiem, byś tego nie robiła. Tak samo, podpieranie się argumentem, iż skrzywdzisz dziecko jest wcale nie oczywiste.
Znam przynajmniej kilka osób o całkiem dziwacznych imionach, które są z nich niezwykle zadowolone. Bo to ich wyróżnia! cokolwiek by inni na ten temat nie sądzili.
To samo z imieniem, które dla mas jest 'bezpieczne'. Wcale nie da Ci pewności, że Twoje dziecko za lat parę nie zarzuci Ci, iż nie wykazałaś się żadną kreatywnością i nazwałaś je zbyt 'normalnie'. A Ono jest przecież takie oryginalne i powinno się nazywać wznioślej :)
Nie ma recepty na imię.
Kieruj się swoim gustem, nie tracąc zdrowego rozsądku zanadto - a opinii innych wysłuchaj, lecz nie sugeruj się nimi sztywno.
Przecież to Twoje dziecko, a Ty chcesz dla niego jak najlepiej, prawda? :)


zdjęcie z netu



Pochwalicie się Waszymi wyborami? :)


czwartek, 22 stycznia 2015

Babcia - często jedna z najważniejszych osób w życiu dziecka


Gdy byłam mała, to Babcia zajmowała się mną, gdy rodzice byli w pracy.
Miałam zaledwie kilka lat, a za sobą najlepsze role w teatrze.
Co z tego, że widownią były misie i lale, a sceną podłoga bacinej kuchni. Doskonale pamiętam odgrywane z przejęciem sceny i aplauz Babci, która w zależności od potrzeb raz była wilkiem, raz babcią czerwonego kapturka, by na koniec zamienić się w najwierniejszego fana talentu wnuczki.
Ileż radości mi to sprawiało! Co z tego, że ze śpiewaniem u mnie średnio! śpiewałam na całe gardło, bo przecież wtedy byłam najlepszą piosenkarką świata!
W wieku 4 lat czytałam już książki. Nie, nie składałam pojedynczych słów, ja czytałam płynnie.
Ale, gdy ma się taką Babcię, jaką ja miałam - to całkiem naturalne. Przecież ulubiony wspólny wieczór, to polegiwanie w jednym łóżku, z książką w ręku i czytanie. Na zmianę. Kartka po kartce.
To niesamowite, jak te chwile wryły mi się w pamięć. Dokładnie mogę odtworzyć pokój Babci, pościel na wielkim drewnianym łożu i tytuły Jej ulubionych książek jak choćby:  Anna Karenina , czy Między ustami a brzegiem pucharu.
Potem, gdy byłam już starsza i mieszkaliśmy od Babci daleko, z przyjemnością jeździłam do Niej na każde ferie, czy wakacje. Wolałam to, niż kolonie czy obozy. U mojej Babci, byłam u siebie.
Uwielbiałam słuchać Jej opowieści.
O czasach, w których dorastała. O szkole, którą traktowała jak największą nagrodę, a która w tamtych latach wcale oczywista nie była. Czas wojny, gdy jedynym niezmiennym uczuciem był strach o najbliższych. Opowiadała pięknie. Często wzruszałam się do łez, pomimo tego, że słyszałam opowieść przynajmniej kilkakrotnie. Często również zaśmiewałam się do rozpuku, bo Babcia miała specyficzny humor, dziś określany mianem czarnego ;)
W wielu kwestiach widzę swoje podobieństwo do Niej. W sumie nie ma się co dziwić - więzy krwi, a co więcej wspólne godziny, dni i lata, po części ukształtowała mnie - była moim wzorem.
Pamiętam Jej żywiołowość. I to, że była zawsze elegancka, z pazurem.
Buty na obcasie, włos skrzętnie ułożony.
Miała to w sobie, po prostu.
Uwielbiała lustra, perfumy, niewymuszony szyk.
Gdy coś nowego włożyła, zawsze obracała się dookoła i pytała z zadziorem:
- i jak? :)

To niesamowite, ale wspomina Ją też Lubomir. Był malutki, gdy odtwarzali razem świat i bitwy dinozaurów, a On to wszystko pamięta. Każdy szczegół... tak jak ja.
Moja Babcia była niezmiernie dumna ze swoich wnuków i prawnuków.
I choć byłam ulubienicą, wyróżniała chłopców. Nawet nie starała się tego ukryć, mówiła o tym otwarcie.
Gdy rodzili się prawnukowie, skakała pod sufit.
Nie obruszałam się, rozumiałam.
Straciła swoje pierwsze dziecko, prawie rocznego synka, a po Nim rodziła same dziewczynki.
Dopiero ostatnim, piątym dzieckiem znów był chłopczyk - notabene mój ojciec chrzestny :)
Opowiadała mi nie raz, jak tęskniła do małego chłopca...jak bardzo Go pragnęła.
Miłość do chłopców pozostała.
Do samego końca.
Gdy zmarła, byłam w ciąży z Antosiem.
Mój ból był ogromny, spotęgowany tym, że nie zdążyła Go poznać...
Wyobrażałam sobie Jej radość, Jej reakcję na kolejnego prawnuka.
Wiele razy o tym śniłam.

Urodziłam Tosia trzy tygodnie przed terminem, w Dniu Imienin mojej Babci.

Do dziś, gdy o tym myślę, wzruszam się ogromnie. Tak samo, jak na widok zachowanych ode mnie, pożółkłych już listów, wetkniętych w naszą ulubioną książkę, którą znalazłyśmy w Jej 'skarbach'.

Bardzo mi Jej brakuje...



Moje dzieci też mają taką Babcię.
Wiem, jakie to cenne i jak wiele daje na przyszłość.
Doceniam to dnia każdego.
One także.
Dowodem jest choćby to, że dorosły już chłopak zwierzy się Babci bez oporów, lub to, że przedszkolaki czekają przerwy szkolnej, by móc 'prysnąć' do dziadków.
A dziewczynki? na widok Babci piszczą tak bardzo, tulą się i całują, że złudzeń nikt by nie miał na pewno :)
Ja nie mam żadnych!






wtorek, 20 stycznia 2015

Gala Paczki 2015


Będąc wolontariuszem człowiek doświadcza takich wzruszeń, że wszystko co następuje potem jest do przetrzymania. Nabiera się umiejętności "połykania" płaczu. Trzy przełknięcia i łza wessana od środka.
Szlachetna Paczka wryła się w moje serce mocno. Pamiętam doskonale każdą odwiedzoną rodzinę, przebieg rozmów, i każdą małą, umorusaną buźkę dziecka.
Pamiętam własny bój wewnętrzny, gdy serce kłóciło się z rozumem, przy włączaniu rodzin do projektu.
Pamiętam łzy bezilności i protest na to, co zarejestrowały oczy.
Pamiętam odrapane ściany, obskórne ubrania i miłość, która na tle biedy jakoś mocniej się zaznaczała, jakby zdawała się być prawdziwsza.

Jednak tym, co pamiętam najmocniej jest wzruszenie, wdzięczność i własne spełnienie.
Nigdy w życiu nie doznałam tylu skrajnych emocji, co w wolontariacie.
Tu radość miesza się ze złością. Łzy z tupaniem nogą. Chęć pomocy, z chęcią odwrócenia się na pięcie.
Przy finale dzieje się wyłącznie dobro. W najczystszej postaci. Od zbierania darów (ileż wartościowych ludzi spotkasz na swej drodze), po obdarowywanie. I wszystko dookoła jakby istnieć przestawało. Liczy się wyłącznie CZŁOWIEK.

Corocznym podsumowaniem jest Gala Paczki.
Nie mogło mnie na niej zabraknąć.
Towarzyszyła mi Magda.
Dziewczyna z którą konie można kraść...no i tworzyć najpiękniejsze paczki ;)

Dzięki Madziu :*


Poniżej to, co zarejestrowałyśmy telefonem.
Żebyście choć w części poczuli, jak było.



video



video


a nim dotarłyśmy... ;)




czwartek, 15 stycznia 2015

Franuś ma 5 lat !


Chłopiec, w którego słabo wierzył nawet lekarz prowadzący ciążę, właśnie skończył 5 lat!
A to nie byle jakie 5 lat.
To lata w biegu! ciągłym i prędkim.
To lata pytań! wielu i częstych.
To lata śmiechu - najczęściej współobecnych :)
I przede wszytkim to lata całusów, tuleń, lata słów miłości.
Są dzieci, które zamiast dzień dobry, mówią kocham Cię.
Taki jest nasz Franio,
chłopiec który wygrał życie...

-najlepsze z najlepszych.

Kochamy Cię Bączku! :*


kliknij w zdjęcie, a zobaczysz ich więcej :)
(ulubiona piosenka Frania w tle)


środa, 14 stycznia 2015

Pulchny maluch nie jest okazem zdrowia.



Wiele razy spotkałam się z twierdzeniem, że dziecko pulchniutkie to okaz zdrowia.
I to nie tylko, jakby się zdawało u babć, czy innych cioć Kryś.
Bywają i młodzi rodzice, którzy cieszą się z każdej dodatkowej fałdeczki u potomka. I to, że jest największy i najcięższy w klasie, to dla nich powód do przechwałek:
-rośnie na schwał! już się w siatce centylowej dawno mieścić przestał!
Każdy pozostawiony na talerzu kęs, bywa powodem do zmartwień, pomimo powyższego. To nic innego, jak brak świadomości.

Moje dzieci są szczupłe. Owszem miały 'pućki' w okresie niemowlęctwa - ale na piersi to normalne. Tak samo jak to, że dzieci karmione piersią, zwykle te 'pućki' gubią w okresie nieco późniejszym. Ciężko utuczyć dziecko 'piersiowe'. A już na pewno ciężej, niż te karmione mieszanką.
Ileż to razy sama zastanawiałam się, czy czasem nie powinnam dzieci podtuczyć, a zwłaszcza chłopców. Bo chudziny straszne. Spodnie tylko z regulacją w pasie i koniecznie slim, bo w każdym innym modelu, wyglądają niczym w piramidach (nieco starsze pokolenie będzie wiedziało o jakim kroju mowa;). W sklepie zawsze rozglądam się za szczupłym fasonem bluzek i spodni. Zdarzało się, że wzdychałam, gdy nic na drobiny znaleźć nie mogłam.
A badania idealne. Lekarze cieszyć się każą. Bo dobrze, że szczupli. Bo lepiej znacznie, gdy w tą stronę, a nie odwrotną.

Gdy w niedzielę uczestniczyłam w warsztatach 'Rodzice dla Zdrowia', zrozumiałam dosadnie że i owszem, cieszyć się powinnam. Zwłaszcza wtedy, gdy pokazano nam na wykresie, jak bardzo odsetek otyłych dzieci w Polsce rośnie. I jakie ryzyko taka otyłość niesie. A dietetyków w przychodniach nie ma. A jak są, to najczęściej w prywatnych. I z problemem otyłości u dziecka, rodzic najczęściej zostaje sam. Dlatego całym sercem jestem za projektem Fundacji My Pacjenci, która zorgazniowała warsztaty, a którym jest wprowadzenie porady dietetycznej dla kobiet w ciąży i rodziców małych dzieci, finansowanej przez NFZ.
Bo jak sobie wyobrażę, co musi czuć zagubiony rodzic dziecka, któremu NALEŻY wprowadzić dietę, a który nawet sobie jej ułożyć nigdy nie potrafił, to śmiem twierdzić, że brak dietetyka w podstawowej opiece zdrowotnej, to zwyczajnie kpina. Mam nadzieję, że z ogólnym wsparciem społeczeństwa, to się szybko zmieni.

-Polskie dzieci jedzą coraz więcej, i nie to, co jeść powinny. Dzieci jedzą niewartościowe produkty, często są przekarmiane. Takim dzieciom brak witamin, zwłaszcza tych z grupy B, a także innych składników odżywczych, np wapnia.




Wśród głównych przyczyn otyłości wymieniamy przekarmianie, nieregularność posiłków, podjadanie między posiłkami, utrwalony nieprawidłowy sposób żywienia. To my, rodzice musimy nauczyć dziecko jak jeść. Nie nagradzajmy słodkościami, nie stójmy jak stróże nad dzieckiem, pilnując by zjadł posiłek do ostatniego kęsa. Jeśli jest najedzone, nie wpychajmy w nie na zapas.

Na dzieci chodzące do szkoły, czyha także sklepik. A tam (w wielu jeszcze miejscach), zamiast zdrowej żywności - chipsy i batony. Pół biedy jeśli dziecko zje w domu pełnowartościowe śniadanie, istnieje wtedy sznasa, że nie czując głodu, nie rzuci się na te wszystkie zapychacze. Statystyki nie są jednak optymistyczne.

Kolejną przyczyną otyłości u dzieci jest brak ruchu (wiem, mamom dzieci takich jak moje, ciężko wyobrazić sobie dziecko w bezruchu, ale problem istnieje i to duży)
I znów zajrzę w statystyki, a te mówią, że dziecko spędza prze tv i komputerem ok 3 godzin dziennie. W porównaniu z innymi krajami, polskie 11 latki, spędzają w ten sposób najwięcej czasu.
W kategorii aktywność, polskie 13 latki znalazły się na 34 miejscu (z pośród 39 badanych krajów).
Słabo...Bardzo słabo.
Nie bez znaczenia są tu lekcje z w-fu, które polskie dzieciaki zwyczajnie olewają. Wiecie, że ponad 30% uczniów szkół ponadgimnzjalnych ma zwolnienie lekarskie z w-fu, lub nie ćwiczy wcale?
Otwiera oczy, prawda?
Kto jest temu winien?
dziecko, bo leniwe? czy rodzice, którzy aktywności w dziecku nie zaszczepili? a może nauczyciele, którzy za mało wkładają w lekcje starań, by były atrakcyjne dla dzieci?
Założę się, że niejeden z Was, spotkał się w swoim życiu z sytuacją, że lekcja w-fu oznaczała tyle co 'macie tu piłkę i zajmijcie się sobą'.
Zamiast szukać winnych, powinniśmy poszukać wyjścia z tej sytuacji.
Zachęcić dzieci do aktywności. Jest wiele przyjemniejszych sposobów na spędzanie czasu, niż na siedzenie przed telewizorem. W naszym interesie powinno być zachęcenie dziecka do zmian. Wspólne wycieczki rowerowe, czy choćby spacery -  nie dość, że pozwolą zapoczątkować szereg wielu dobrych zmian, to jeszcze bardziej zbliżą nas do dziecka. Same plusy.
Wielu rodziców zasłania się obowiązkami, pracą. Jeśli masz pracę, która uniemożliwia Ci codzienne spacery z dzieckiem, zawsze możesz odłożyć je na weekend, a wieczorem zamiast oglądać wspólnie kolejną kreskówkę, może razem poskaczecie, albo urządzicie bitwę na poduchy?
Założę się, że nawet mało aktywnemu dziecku, takie szaleństwa z mamą lub tatą przypadną do gustu.

Jak wiadomo łatwiej zapobiegać, niż leczyć - zwłaszcza, że dostęp do dietetyków dziecięcych wcale najłatwiejszy nie jest (jeszcze!;).



Co zatem zrobić, gdy problem się pojawia a chcemy zapobiec otyłości u dziecka?

-Idź z dzieckiem do lekarza. Być może nadmierne łaknienie jest skutkiem zaburzeń zdrowotnych. Lekarz zleci badania, np na poziom cukru we krwi.

-spróbuj porozmawiać z dzieckiem, zaobserwuj czy nadmierne jedzenie u dziecka, nie wiąże się np z jakimiś problemami emocjonalnymi. Być może problem jest natury psychologicznej - dziecko nie czuje się akceptowane wśród rówieśników, ma problemy w nauce, i w taki właśnie sposób radzi sobie ze stresem?

-nie pozwalaj przekarmiać dziecka dziadkom. Ile to razy zetknęliście się z sytuacją, gdy dziecko ślęczy nad talerzem, a babcia w imię najwyższej troski, wpycha w nie jeszcze choć jedną łyżeczkę? (noooo...za tatusia jeszcze).

-zastąp białe pieczywo razowym, słodkie płatki śniadaniowe na kukurydziane, wyeliminuj słodzone napoje gazowane.

-wprowadź stałe pory posiłków.

-umów się z dzieckiem, że słodycze będzie mógł zjeść tylko raz w tygodniu. Być może początkowo będzie to trudne, ale zobaczysz jak szybko dziecko przyswoi zasady.

-jeśli dziecko ma w nawyku podjadanie między posiłkami, jako przegryzki zaproponuj warzywa lub owoce.

-zmień nawyki żywieniowe całej rodziny. Ciężko tłumaczyć dziecku, że czekolada jest niezdrowa, gdy sami mamy ją w ustach.

-zachęć całą rodzinę do spacerów, wycieczek rowerowych, może basen? ważne, by dziecko było aktywne fizycznie.

-nie mów dziecku, że jest grube, myśląc że w ten sposób włpyniesz na jego ambicję i zmotywujesz je do aktywności. Co najwyżej obniżysz jego samoocenę, a wtedy będzie trudniej zmierzyć się z problemem Wam wszystkim.

Oczywiście najlepszą opcją, jaką chciałabym tu wkleić, byłoby:
-idź z dzieckiem do przychodni i umów się na wizytę z dietetykiem. 

Dietetyk przeprowadzi analizę diety dziecka, pomoże ustalić Wasz nowy jadłospis, a także plan dnia, zmotywuje przykładami innych pacjentów, wesprze rozmową.
Taka porada bywa nieoceniona. My rodzice, w sytuacjach dotyczących naszych dzieci, bywamy nieobiektywni. Staramy się sami sobie wmówić, że problem wcale nie jest duży (przecież są grubsze dzieci), często odwlekamy decyzję o podjęciu walki z dodatkowymi kilogramami, słuchając rad otoczenia, że przecież dziecko wyrośnie, na końcu nie mamy na tyle silnej woli, by dziecku czegokolwiek zakazać. Dopiero fachowa pomoc, rozmowa z mądrym dietetykiem pokaże nam, że zabierając w takiej sytuacji - dajemy. Że będziemy lepszym rodzicem, zabierając kolejny batonik, pomimo protestów dziecka.

Mam wielką nadzieję, że wkrótce każdy z nas, w swojej pobliskiej przychodni zdrowia, będzie mógł zaczerpnąć takich porad, a co za tym idzie ustrzeże swoje dziecko od otyłości.

Tego nam Wszystkim, a zwłaszcza naszym dzieciom życzę.


Zdjęcia - źródło internet
Zdjęcia z warsztatów w kolejnym wpisie.